Przenieśli mnie na sale pooperacyjną, za jakiś czas przenieśli małego...
Pamiętam jeszcze że ubrany był na różowo. Aż bałam się, czy mi go nie podmienili... heh przyszli przyjaciele, rodzina. Dumny tatuś był z nami od początku i widział Natka zaraz po tym jak go z brzuszka wyjęli. Miał być z nami przy porodzie, ale podobno sala za mała i lekarz nie wpuścił (szkoda). Nastał wieczór, wszyscy już poszli, małego zabrały pielęgniarki, pomyślałam "można odpocząć"... zasnęłam. Nagle obudził mnie straszny ból, taki że aż nie byłam w stanie się ruszyć. Z resztą i tak trafiłam na nocną zmianę pań, tylko jedno zdanie naszło mi wtedy na język "wszystko mają w dupie" i żadna nawet nie zajrzała czy żyje. Bolało całą noc... bolało rano.. aż do południa. A gdy byłam w stanie chodzić i pójść do toalety usłyszałam jak pielęgniarki zastanawiały się która z pacjentek tak jęczała w nocy, ale żeby przyjść z czymś przeciwbólowym, żadna nie pomyślała. Okazało się że miałam za słaby lek, bo kiedy mi go w końcu zmieniano bóle ustały. Cieszyłam się razem z przyjaciółką która przy każdym moim bólu wachlowała mnie gazetą (było lato, więc przydało się). Następnego ranka musiałam już chodzić, co nie było łatwe z szytym brzuchem. Rana bolała przy każdym kroku, a w głowię się kręci po znieczuleniu. Jakoś dałam rade bo musiałam. Była 6:00 rano, po prysznicu i wizycie pielęgniarki tak miłej jak wredna ciocia podczas okresu. Przyniesiono mi Natka...
=============================================
Ciąg dalszy nastąpi c:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz